FAQ
Szukaj
Użytkownicy
Grupy
Statystyki
Rejestracja
Zaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Afro Kolektyw
Autor Wiadomość
Cezary19 
Zajebisty Ziom
G.I.B.O.N.Skład





Wiek: 24
Dołączył 1280 dni temu
Posty: 566
Skąd: Włocławek
Wysłany: 2005-10-22, 18:34   Afro Kolektyw
BIOGRAFIA

:: 1994 ::

Wy sobie w mordę nie myślcie, że założyć zespół, nagrać trochę dobrej muzyki i zrobić karierę to jest łatwo - w zasadzie wielkich problemów nie nastręcza tylko pierwszy punkt. Potem już są schodki. Nie ma gdzie grać prób, wszyscy członkowie (zespołu) znają inne definicje zwrotu "robić dobrą muzykę", szybko okazuje się że ćwiczenie tych samych utworów w kółko jest żmudne i trudne. Potem basista szaleje na punkcie cycków kompletnie-nie-umiejącej-śpiewać-wokalistki i robi wszystko, żeby została w zespole, obniżając jego i tak już bardzo niski poziom. Perkusista zamiast grać coraz lepiej, gra coraz gorzej - ale jak go wywalić na zbity pysk, skoro to kumpel ze szkoły? I tak to zespół kończy działalność w atmosferze ogólnego absmaku, a jego członkowie jeszcze przez jakiś czas nie mówią do siebie wzajem.
Musi być jakiś inny sposób na nagranie wartościowych utworów - rzekłem sobie pewnego razu po powrocie z próby punkowego zespołu Tenisówki Bapci Stasi, z którego owocnej działalności wyciągnąłem powyższe przykłady. I tak powstał Afro Kolektyw. Ale od początku.
We wrześniu 1994 miałem wątpliwą przyjemność zacząć uczęszczać do liceum - jako że nie miałem wtedy pojęcia o dobrym smaku, zacząłem na prawo i na lewo rozpowiadać, że gram w zespole rapowym (zespół nazywał się Dos Maestros, ale ja o tym nie wiedziałem - po wspólnym nagraniu dwóch numerów zostałem odsunięty). Na efekty nie trzeba było długo czekać: obok powszechnej antypatii wzbudziłem ciekawość atletycznie zbudowanego kolegi, który zagadnął mnie na przerwie "Podobno robisz rapowe podkłady na komputerze". "Taaa" odrzekłem podekscytowany - w końcu ktoś się do mnie odezwał nie używając przekleństw. "No to może zrobimy coś razem, bo ja rapuję i piszę teksty" rzekł kolega i tak poznałem Nestora/Wielesława-X/DJ Dicka, który doprawdy nazywa się Paweł Rymsza. I zrobiliśmy razem, oprócz kilku rzeczy które wolałbym przemilczeć, nieco budzącej różne reakcje muzyki.

:: 1995-96 ::

Zespół nazwaliśmy pierwotnie Shit Lives Forever, dziś wiem że pierwszy wyraz nazwy określał jednocześnie poziom naszego ansamblu. Pierwsza demówka powstała w marcu 1995 roku. Byłaby gotowa szybciej, ale w zimie uganialiśmy się za tą samą dziewczyną (to znaczy Paweł uprawiał z nią seks, a ja nie i złościło mnie to nieco) - nieprzyjemna atmosfera uniemożliwiała produkowanie kakofonii. Na owym materiale znalazł się między innymi utwór "I Want To Make Shit" i spiętrzenie rzeczownika "shit" przestanie Was dziwić, gdy tylko usłyszycie nasze ówczesne wysiłki. PRÓBKA: 31 sekund utworu pod tytułem "Dobromir"
Druga demówka, także nagrana na tzw. jamniku z funkcją karaoke (a podkłady na Amidze 500), nazywała się "Ura Fuckin' Loser" (tak, tak) i nosi datę sierpień 1995. To w zasadzie jedyne, co warto o niej powiedzieć. Jeszcze dziś, kiedy chcemy poprawić sobie humor, słuchamy jej obszernych fragmentów. Odeszliśmy wtedy od rapu w stronę rapmetalu - najlepszy komik nie wymyśliłby czegoś takiego, co my nagraliśmy wtedy. Szef wytwórni SP Records, widzący w nas z chwilą dostarczenia pierwszej demówki potencjalny obiekt publicznego ośmieszenia (na sławetnej składance rapowej), po usłyszeniu "Kabaczków" złożył rezygnację. PRÓBKA: 36 sekund utworu pod tytułem "Kabaczki"
Trzecia demówka (to już grudzień 1996) nazywała się "Fusion" (fantazję przy wymyślaniu tytułów to my owszem mieliśmy). Kolejny raz sesja nagraniowa miała miejsce u mnie w domu. Spróbowaliśmy tym razem nieco bardziej rozbudowanego brzmienia i poważniejszych tekstów, niemniej wzmacniacz użyty przez nas w procesie rejestracji materiału wmiksował we wszystkie utwory ogłuszający brzęk i "Fusion" mogliśmy co najwyżej przekazać redaktorowi kubłowi na śmiecie. Kompletny brak samokrytycyzmu kazał nam jednak rozesłać ją po firmach płytowych. Z wiadomym skutkiem. PRÓBKA: 40 sekund utworu pod tytułem "Przemijanie"

:: 1997-98 ::

Zgon "Fusion" zbiegł się w czasie z agonią Shit Lives Forever, albowiem mieliśmy już serdecznie dość wszechobecnej w naszej działalności cholernej amatorszczyzny. Wykombinowaliśmy tedy projekt, w którym muzyka miała być zagrana w możliwie największym stopniu na żywo, a refreny zaśpiewane i przebojowe. Znaleźliśmy wokalistkę Aśkę, klęcząc dwa dni na wycieraczce pod jej drzwiami przekonaliśmy ją do współpracy, wysupłaliśmy pieniądze na zakup instrumentów (muzycznych), Paweł zapisał się nawet do szkoły muzycznej do klasy trąbki. Nowy zespół nazwaliśmy Kawiarnia, a owoce jego pracy zarejestrowaliśmy w styczniu 1998, w studiu Manta, za pieniądze, które zarobiłem sprzątając fabrykę kosmetyków. PRÓBKA: 35 sekund utworu pt. "Nikt mnie nie lubi bo potłukłem radio"
To był błąd. Demówka, zatytułowana "Demo Tape No 1" (tu skończyła nam się inwencja) objęła trzy nagrania i została dokumentnie spieprzona. Co gorsze: jej jedyny jasny punkt, wokal Aśki, zwarzył się niebawem, gdy zakomunikowała nam o swoim rozczarowaniu współpracą. Co najgorsze: zgłosiła się do wydania płyty firma Pro Dance, co dopełniło naszej kolejnej sromotnej klęski. Zaparliśmy Kawiarnię.
Trzeba było wymyśleć nową formułę działania. Zrezygnowaliśmy ze stałego składu: Afro Kolektyw tworzy tyle osób, ile akurat jest potrzebnych i dostępnych, a materiał gotuje się powoli i ma być dopracowany. Zaczął się gotować w kwietniu 1998 - bez pośpiechu i presji, albowiem bezustanne porażki sprowadziły na nas błogi spokój. W jego nagraniu wzięli udział między innymi śpiewacy płci obojga, gitarzysta, flecistka, skrzypaczka.

:: 1999 ::

Choć sesja nagraniowa w studiach Sadyba i N'd'N datowana na marzec-kwiecień 1999 mogłaby być sfilmowana i dopuszczona do dystrybucji ogólnopolskiej jako komedia (nieprzygotowani albo nieudolni wokaliści, nieprzytomny realizator nie potrafiący zaprogramować ustawień konsolety, zastarzały sprzęt dopuszczający m.in. do rozjeżdżania się synchronizacji podkładu z wokalami), na masteringu to, co dało się naprawić, zostało naprawione i zatytułowane "Negatywne Wibracje". Wszystko oczywiście opłaciliśmy z własnych kieszeni.
Po zrobieniu poligrafii (metodą domową CorelDraw+HPLaserPrinter+kserograf) rozpoczęliśmy znowu biegi po wytwórniach, rozgłośniach i redakcjach. W Radiostacji można było czasem trafić na "Kto rano wstaje" i "Mów do mnie Negro", pisały o nas w tonie raczej umiarkowanym "Machina", "Klan" i nieistniejący już "Hip Hop Magazyn". W wakacje okleiliśmy Warszawę plakatami (robionymi metodą jak powyżej) informującymi o istnieniu naszym i płyty. To wszystko do kupy przyniosło 200 sprzedanych egzemplarzy, z czego zysk akurat starczył na spłacenie uprzednio kupionego grawera do płyt. Umiejętnie ukrywając ten żenujący wynik, negocjowaliśmy z jedyną zainteresowaną nami firmą płytową, T1-Teraz. W końcu około lutego 2000 złożyliśmy podpisy na makulaturze, której pierwsza strona głosiła "KONTRAKT".

:: 2000 ::

Pierwszym etapem współpracy z T1-Teraz, na podstawie którego mniej więcej mogliśmy już wnioskować o stylu działania tej firmy, miało być nagranie singla promującego (na razie niegotowy) album. Szef firmy, niejaki Arkadiusz Deliś, postanowił, że załatwimy wszystko metodą "u znajomka", czyli pojedziemy do Magiery do Wrocławia.
W utworze przewidziałem około dwa takty żeńskiego śpiewu, a tymczasem okazało się że aktualnie nie ma komu ich wykonać. Szlag. Szef firmy rzecze "nic nie szkodzi, na miejscu Magiera załatwi jakąś profesjonalną wokalistkę - zna takich na pęczki". Fajnie ma, myślę sobie. Zapisałem partię wokalu i wybyliśmy do Breslau na umówioną sesję. Na miejscu okazało się, iż producent jest najebany jak stodoła i razem z wesołymi kolegami ogląda w studio pornosa pt. "Szaleństwa Majki Maj". Na nasz widok ocknął się jak gdyby i mówi "dobra chłopaki, fajnie że jesteście, tyle że ja teraz nie mam czasu, bo idę na REGE". Naokoło nic nie widać, siwo od dymu. Wybieraliśmy się już wobec tego na dworzec łapać pociąg do Warszawy, gdy zderzyliśmy się w drzwiach z Delisiem, ten kazał nam wracać, a producentowi wyrzucić towarzystwo, zadzwonić po wokalistkę i usiąść do konsolety. Niedługo później zjawia się śpiewaczka. Po krótkim i chłodnym przywitaniu podaję jej rozpisany wokal. "NIE CZYTAM NUT ZABIERZ TO" - słyszę. Paweł śmieje się głośno, atmosfera zwarzona do granic możliwości. Puszczam profesjonalistce podkład, tłumaczę - tu śpiewasz, gram jej prymkę na klawiszach, ta kiwa głową. Staje przed mikrofonem i wchodzi o pół taktu za wcześnie, przy drugiej próbie pół taktu za późno. W końcu po dłuższym czasie trafia we frazę. Słyszę co prawda że fałszuje lekko, ale każę jej śpiewać w opór - piłowała ten jeden fragment przez dobry kwadrans.
Po jej wyjściu wzięliśmy się do wycinania z rzeczonego kwadransa - fragmentów nadających się do wykorzystania. Nie wycięliśmy nic. Ani sekundy. Sam zresztą nie spisałem się wiele lepiej, albowiem o godzinie drugiej w nocy zdrętwiała mi szczęka i zaczął się bełkot. Zrozumiałe, że efekt całonocnej pracy, wysłuchany rano po godzinie snu na podłodze, wprawił nas w bardzo zły nastrój. Trzeba było jeszcze dwóch sesji w Warszawie, by w końcu "Dopsz bujam", bo to on miał trafić na singiel, został doprowadzony do znośnego stanu.
Mniej więcej w tym samym czasie rozpowszechniliśmy na malutką skalę zapis naszych domowych sesji wolnostylowych (traktujących głównie o genitaliach i ekskrementach), dzięki czemu zostaliśmy zaproszeni na płytę artysty ukrywającego się pod wdzięcznym pseudonimem Świntuch. Pieniądze na studio otrzymaliśmy od T1-Teraz, albowiem Świntuch miał być ich debiutem na niwie publikacji fonograficznej. Na napisanie i nagranie swoich partii dostaliśmy tydzień, co boleśnie odbiło się na jakości naszego pierwszego i zapewne ostatniego gościnnego występu.
Widząc jak nasz potencjał maleje powolutku, zarządcy T1-Teraz ani myśleli wywiązywać się z obietnicy dostarczenia porządnego sprzętu do robienia muzyki i w dalszym ciągu próbowałem ukończyć płytę na szmelcu, tj. pececie 300MHz 64MB z kartą SB64AWE i dyskiem 14GB.

:: 2001 ::

W kwietniu udało się nam zamknąć materiał. Demo odniesione do T1-Teraz okazało się warte dokładnie 2500 zł, znaczy tyle mogliśmy wydać na nagranie i zgranie albumu. Suma powyższa starczyła na 40 godzin czasu studyjnego, jedną kostkę pamięci 128MB, kartę dźwiękową SBLive i zwrot kosztów podróży dla mieszkającego w Łodzi saksofonisty.
Wokale nagrywaliśmy w pośpiechu, Paweł bowiem swoim zwyczajem popadł w długi i musiał całe wakacje spędzić na składaniu drewnianych domków dookoła Strasbourga. Rejestracja była naturalnie utrudniana przez realizatora - długowłosego rockmana, który bezustannie uprawiał podśmiechujki z naszej twórczości i bezustannie zapominał o kompresji nagranych ścieżek. Gdy już wszystkie nasze partie znalazły się na taśmie, album wszedł w fazę miksu. Bez trzech rzeczy jednakże: bez partii śpiewu żeńskiego, bez jakiegokolwiek porządnego odsłuchu i (już) bez pieniędzy.
Odsłuch się nie znalazł, finanse także nie, nad miksem siedziałem więc trzy miesiące - a mimo to woła on wielkim głosem o pomstę do nieba. Do wzbogacenia albumu swym boskim głosem znaleźliśmy natomiast w sumie trzy kandydatki. Pierwsza z nich była niekulturalna, nie miała czasu i chciała pieniędzy. Druga z nich była niekulturalna, nie miała czasu i chciała pieniędzy. Trzecia już tylko chciała pieniędzy, a my nie mieliśmy czasu (zostały dwa dni do oddania płyty na mastering) i nolens volens przystaliśmy na to. Nagraliśmy śpiewaczkę, a uregulowaniem należności miał zająć się Arkadiusz Deliś i dlatego wokalistka po dziś dzień czeka na ową należność.
Masteringiem miał pierwotnie zająć się etatowy spec od tego typu działalności, Grzegorz Piwkowski. Niestety jego napięty terminarz - zaistniałaby konieczność odczekania dwóch tygodni - nie spodobał się nikomu i firma T1-Teraz nakierowała mnie w zamian na Adama Burzyńskiego, tańszego i szybszego. Niestety. Ponieważ efekt końcowy nie satysfakcjonował mnie (i szczerze mówiąc nie satysfakcjonuje nadal), niezbędne okazały się poprawki. Poprawki trwały na tyle długo, by przekroczyć z naddatkiem termin dwóch tygodni wyznaczony pierwotnie przez Piwkowskiego. Wniosek: szybko, to można zjeść zupę albo wyszorować kibel.
Premierę płyty wyznaczono na 8 grudnia. Przemyślny BIZNESPLAN zakładał, że skoro jest dopiero listopad, to teraz nakręcimy teledysk, aby trafił do telewizji zanim płyta trafi do sklepów. Tak o załatwienie pozwolenia na filmowanie wewnątrz mojej dawnej szkoły, jak i o obsadę musieliśmy się postarać oczywiście sami. Wymyśliłem z grubsza scenariusz, dałem go reżyserowi, reżyser dołożył własne pomysły, w trakcie montażu wyrzucił większość moich pieczołowicie zachowując swoje. Cóż. Wszystko to byłoby do zapomnienia (efekt końcowy jest nienajgorszy), gdyby nie to, że Betacam który przyjechał z Krakowa z montażu okazał się mieć popsutą ścieżkę dźwiękową. I teledysku do dziś (29.12.) nie uświadczycie kochani w telewizorze. Dystrybutor, Pomaton EMI, wprawdzie starał się jak mógł nie wysyłać płyty nigdzie, na pewno w trosce o właściwą synchronizację ruchów promocyjnych z datą publikacji, ale w końcu w drugim tygodniu sprzedaży niewielkie partie "Płyty Pilśniowej" zjawiły się w sklepach. W trosce o nasze finanse Pomaton EMI zapomniał także o rozesłaniu albumu do dziennikarzy muzycznych. Niech sobie kupią.
Więcej emocji dostarczyło nam jednak własnoręczne tłoczenie amatorskich singli radiowych w liczbie piętnastu i roznoszenie ich do rozgłośni. Ach, jak miło było znów poczuć smak samizdatu i smak własnych smarków spływających do gardła w szóstej godzinie spacerów na mrozie. To, że nikt nas w takiej sytuacji nie potraktował poważnie, jest chyba oczywiste.
Nostalgiczne wspomnienia nachodzą nas ostatnio znowu, ponieważ Arkadiusz Deliś stanowczo odmówił zatroszczenia się o plakatowanie miasta. Wzięliśmy więc odeń 500 złotych, znaleźliśmy taniego drukarza i teraz Paweł śpi na stosie plakatów. Rozlepiliśmy dwieście, zostało około dziewięciuset. Byłoby to nawet przyjemne, tyle że zimowymi nocami przy temperaturze ujemnej klej zamarza i po dwóch-trzech godzinach trzeba go rozrabiać na nowo wrzątkiem. Ale czego się nie robi by podtrzymać nadzieję na odbicie się od dna, prawda.[/hide]
_________________
G.I.B.O.N. Skład [Gdzie Idę Będą Oni Napewno]
 
 
PeatR 
Portal Team
Lajtowe Akcje





Dołączył 1158 dni temu
Posty: 2023
Skąd: Ostrów Wlkp.
Wysłany: 2005-11-11, 10:48   
zobaczymy :mrgreen:
_________________
Sprawdź to!
 
 
 
QL 
V.I.P.
Rap Gra





Dołączył 1162 dni temu
Posty: 2312
Skąd: OSW
Wysłany: 2005-11-11, 11:06   
tez mnie interesuje musze oblookac
_________________
 
 
 
sowa1111 
Nowy




Dołączył 765 dni temu
Posty: 27
Skąd: dębno
Wysłany: 2006-10-29, 11:41   
a mnie to nie interesuje i tyla!
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group | nolimit template created by joli  Creative Commons License Statystki